niedziela, 7 marca 2021

ZABAWY W SŁOWA1

 WOLNO MYŚLICIEL KA /  WOLNOMYŚLICIELKA / WOL NO MY ŚLI CIEL KA

(pomyśl sobie, domyśl się i wymyśl coś)

                                                                                   Zmyślanka: Dla Wnuka Myśliciela - 0d Babci

Żyję sobie po wo lut ku / powolutku /  powoli

Myślę ciągle po cichutku / po ci chut ku /  po cichu

Tak się mówi,  a jak pisze?

Czy nie myli mnie wymowa?

Teraz będę miała doła!

Gdy ubiorę myśli w słowa

Wyjdzie z głowy jakaś stwora

Tak to twórczość się nazywa

 Którą każda czynność bywa.....

Sekret zdradzę - jeśli czynisz to z miłością, a nie złością

Ja i Ty / On, Ona i Ono / My, Wy i Oni - razem, lub osobno.

                                                                                           Sopot, 25 luty, 2021 r.


niedziela, 25 sierpnia 2019

Baju, Baju


O Chłopcu, który lubił budować zamki z piasku.

Był sobie chłopiec. Nie pamiętam, jak miał na imię, ale z pewnością zaczynało się na literę O. Może Olek, Oskar, Omar, a może na inną literę. To nie jest ważne, bo i tak wszyscy wiedzieli o kogo chodzi, gdyż pytano zwykle o chłopca, który umie budować przepiękne zamki z piasku. Gdzie on się tego nauczył - pytano z podziwem przy oglądaniu cudownych pałaców.

czwartek, 2 lutego 2017

Baju, Baju


Dziewczynka z kamieniami - część 2(odnowiona)


https://wizjalokalna.wordpress.com



   Nadeszła pora, kiedy dziewczynka musiała opuścić rodzinny dom i wędrować już samodzielnie, aby móc uczyć się dalej. Jej rodzice byli biedni i nie mogli odpowiednio wyposażyć ukochanej córki na drogę.
Ściskając ją przed podróżą, powiedzieli:
Prosimy -  nie przejmuj się tym, że inni dostali dużo rzeczy i o nic nie martw. 
My dajemy ci w posagu wiele dobrych i pięknych myśli. Dobre myśli sprawią, że wszystko zrobisz dobrze, a piękne.... spowodują, iż efekty z twej pracy będą się innym podobały. 

A przecież....myśli mieszczą się w głowie, więc zawsze są z tobą, nawet w czasie snu. Wówczas cicho czuwają i odpoczywając układają się we właściwych miejscach, gotowe do użycia natychmiast, gdy są potrzebne.  W dodatku.... myśli są lotne, nawet te ważne -  nic nie ważą, więc lekko będziesz biegła ścieżką swego życia, bo bez bagażu. 

A jakie były te myśli wybierane starannie, z miłością matczyną, dla dziewczynki? Oto niektóre.

Nie szata zdobi człowieka, a cnota.
Pieniądze szczęścia nie dają, częściej  dają nieszczęścia
Pozory często mylą.
Kłamstwo ma krótkie nogi.
Ucz się dziecko ucz, bo nauka to potęgi klucz. 
Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie dokona.
Twój pierwszy narzeczony - to zeszyt, ołówek i książka.
Śpiesz się powoli.
Lepiej dawać, niż brać.
Jak masz mówić o kimś źle - nie mów wcale.
Z jakim przestajesz, takim się stajesz.    I...dużo, dużo innych, przeróżnych myśli.

A mama, która najbardziej na świecie kochała dziewczynkę, nachyliła się do jej ucha i szepnęła: 
pamiętaj kochanie, aby zawsze używać czarodziejskiej różdżki, zanim wpuścisz do swej młodej główki cudze myśli. Taka niewidzialna różdżka jest w każdej głowie i  bardzo proszę, abyś dokładnie  sprawdzała cudze myśli - czy są dobre i piękne, czy może złe i brzydkie. To cię ochroni przed niepotrzebnymi kłopotami. Ludziom często różne, nieraz niebezpieczne,  myśli przychodzą do głowy. 
 I słuchaj wiatru, bo wiatr jest mądry - głośno rzekła. On wieje z różną siłą, zmienia kierunki, ale przeważnie wykonuje odgórnie zaplanowane zadania. Ja będę z nim rozmawiać i prosić go, aby nawiewał w pobliże twego siedliska  myśli - te najlepsze i najpiękniejsze - z całego świata. 

Dziewczynka, powiewając na pożegnanie. leszczynową gałązką z dawnego dworskiego ogrodu, pobiegła w podskokach ku nieznanym miejscom, przygodom i wyzwaniom. Nie bała się niczego, ponieważ wśród jej myśli wędrował z nią bezpieczny rodzinny dom i odczucie miłości matczynej, odważnej i pełnej tzw, mądrości życiowej.
Spełniały się przepowiednie rodziców -  odnośnie myśli, a zapamiętane wskazówki od mamy, zapewniły jej sympatię, życzliwość i akceptację w każdym nowym otoczeniu. Nigdy nie czuła się gorsza z powodu niedostatku rzeczy luksusowych wśród rówieśniczek. Przeciwnie - ciągle zauważała, że właśnie posiadaczki nadmiaru dóbr, a przede wszystkim ich matki, wyjątkowo skwapliwie zabiegają o możliwość obcowania z nią - przy nauce i w czasie wolnym. Nawet nazywały ją przybraną córeczką, czego słuchała z zażenowaniem, bo przecież matka jest tylko jedna - dwie kobiety nie mogą urodzić tego samego dziecka.
 Zawsze widziała i czuła matczyną miłość, wyrażaną z troską w oczach o jej przyszły, nieznany nikomu los. I chociaż złościły reprymendy, wygłaszane w domu podczas młodzieńczych wybryków, to czuła bezpieczeństwo - mama czuwała i nieraz ostro  reagowała - na zapas ostrzegając, ale nigdy nie strasząc.
 Zadziwiała ją nieustanna dziewczęca rywalizacja wokół niej, sprawiając niekiedy kłopot. Męska młodzież również zabiegała o jej względy, pomimo utrudnień w kontaktach - w szkole uczyła się w żeńskiej klasie. Często zawierała przyjaźnie słuchając zwierzeń, a pomimo swego u przekonania o braku urody,  trafiali się też koledzy - zalotnicy. 

I tak tygodnie, miesiące, lata - biegły jak koniki polne, wypełnione ciekawością świata i poznawaniem  innych istot ludzkich. Brakowało ciągle czasu na sprawdzanie jakości cudzych myśli, zgodnie z prośbą matki. Różdżka działała zbyt powolnie, więc  dorastająca dziewczynka uszyła zgrabny worek z tkaniny, używanej na "czapki niewidki", zarzuciła go na plecy i tam odkładała podejrzane myśli, odwlekając ich przegląd na później. Nie zamierzała zbagatelizować przestrogi z rodzinnego domu, ale... każda chwila życia niosła tyle niezwykłych zdarzeń, że chęć współuczestnictwa wygrywała zwykle z rozsądkiem.

A czas płynął - jak to czas. Najpierw dziewczynka-kobieta zauważyła zmęczenie,  nawet podczas spacerów. Później zaczęły się drobne potknięcia, i pojawił się ból  kolan przy wstawaniu. Wreszcie narastające zmęczenie i ból uniemożliwiły dalszą wędrówkę. Przygarbiona, zaniepokojona zatrzymała się, zdjęła worek z myślami, zamierzając wreszcie je sprawdzić i posegregować.
 Złościło ją, że  zaczęła się garbić. Zawsze chodziła patrząc prosto przed siebie, nie zerkając na boki. Przecież nie musiała wtulać głowy w ramiona, ani chować jej w piasek jak struś - ze strachu. Nie musiała też chodzić z  głową pochyloną do ziemi ze wstydu, lub  uniknąć ludzkich spojrzeń w jej oczy.
Oczy podobno są zwierciadłem duszy, a jej dusza nie unikała szczerości spojrzenia - to był posag rodzinny.
 Często słyszała w dzieciństwie słowa: "w tej rodzinie są ludzie szczerzy, aż do bólu". Nie za bardzo rozumiała co to znaczy, ale z tonu wypowiedzi wiedziała, że to zaleta, nie wada.
Natomiast sama nie widziała powodów, aby zaglądać w dusze innych, ponieważ w dziecięcych wspomnieniach zapisało się inne powiedzenie: 
"niektórzy to nawet  w buciorach potrafią wchodzić do cudzej duszy", a z melodii głosu słyszała komunikat, że jest to groźne i niewłaściwe.
 Dlatego niewiele wiedziała o zawartości dusz innych ludzi, bo wścibskość nie należała do zalet i nie była tolerowana w rodzinnym domu. Dziwiło ją natomiast, że tak wiele różnych osób obdarzało ją zwierzeniami z serca i duszy, pomimo braku zachęt z jej strony.
Gdy, posiłkując się wspominkami z dzieciństwa, zajrzała do niewidzialnego worka  zobaczyła tam pełno kamieni o różnej wielkości, we wszystkich możliwych odcieniach szarości. 
Zrozumiała jak wielki ciężar dźwigała - w dodatku  zupełnie niepotrzebnie.  Przecież jedynie bardzo złe myśli mogły zamienić się w tak ciężkie  kamienie. Były paskudne, chropowate - być może od zawartej w myślach zawiści, tak niszcząco działającej na ludzkie umysły i ciała. 
Ale...... między nimi opalizował kolorami tęczy dziwny kamień - balonik, gdyż zmieniał swe kształty uciekając przed naciskiem otaczających go "mieszkańców" worka. Musiał być silny i nie za mocno nadmuchany, skoro przetrwał bez pęknięcia i nie wypuścił powietrza z siebie. 
Wiadomo przecież, że powietrze nie pozwala balonów utopić, a mogą również (przy silnym wietrze, lub z woli właściciela) ulecieć ku niebu - na wolność.
Dlatego dziewczynka, bez zastanowienia, zamknęła oczy (aby nie widzieć brzydactw), zanurkowała głową w worek z całą zawartością i nakazała swej różdżce natychmiast wpuścić ten jedyny, przedziwnie cudny, kamyk do swej głowy.
Różdżka, wynudzona lenistwem z powodu długotrwałego bezrobocia, natychmiast wykonała zamiar dziewczynki i nowa myśl zaświtała w jej głowie, z nadzieją na akceptację i stałe zasiedlenie.
 Zapewne ciekawi was jej treść, podobnie jak z ciekawością i tremą drżały, przed jej poznaniem,  inne myśli - długoletnie mieszkanki siedliska w jej w głowie.
A może przybywa do nas ta najważniejsza myśl i będziemy musiały jej służyć? 
Niepotrzebnie się bały. Przecież nikt do końca nie wie, jaka myśl zaważy na losie człowieka i tylko wspólnota dobrych, lub złych myśli - historie plecie w świecie.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - powiedziała myśl, z ukłonem powitalnym, muskając z wdziękiem tęczową sukienkę, którą nieco pogniotły kamienie w worku.
Tak jest przeważnie - dodała przybyszka skromnie - Bo przecież każda reguła ma swe wyjątki -  i dygnęła dziewczęco,  kierując swe ręce do koleżanek.
Nie jesteś zarozumiała, ani przemądrzała - zakrzyknęły wszystkie myśli chórem - podaj nam swe ręce.
Tak, ale długo siedziałam w worku wśród kamieni i...
Przyjazne myśli nie pozwoliły świeżynce dokończyć zdania. Chwyciły za myślowe rączki i porwały do skocznego tańca w kręgu. Wszystkie myśli zatańczyły razem w głowie, zgodnie i radośnie.
Dziewczynka stała obok sterty kamieni, zastanawiając się co teraz zrobić.  Najpierw przyszło jej do głowy, że może wykopać dół i wrzucić tam kamienie. Ale to przecież ludzkie myśli były, zanim tak skamieniały. Ten pomysł jej się nie podobał.
Przywołała więc z pamięci wszystkie swoje dobre myśli i po długiej z nimi naradzie, postanowiła kamienie wykorzystać  do naprawy polnej drogi. 
Te zbyt duże ustawiła odpowiednio na poboczach - jako kamienne siedziska. Całą resztę ułożyła tak, aby powstała wygodna dróżka tam, gdzie teren był nierówny i  tworzyły się kałuże po deszczu. 
Teraz inni też będą mogli przechodzić tą prostą i wygodną drogą na skróty,  nie brudząc sobie butów błotem. - cieszyła się, udeptując kamienie.
Okazało się, że nawet z czegoś złego można zrobić coś dobrego. Wystarczy dobrze pomyśleć i zadziałać.
Dziewczynka poszła prosto przed siebie, bez obciążeń i odtąd, ze zdwojoną uwagą, sprawdzała wszystkie nieznane myśli, które usiłowały wtargnąć, bez zaproszenia, do jej własnej głowy.


                                                                                  Sopot - Bydgoszcz. 3 luty 2017 roku.

P.S. Bydgoszcz 14 sierpnia 2017 roku.
Publikacja tej części - po korekcie uchybień gramatycznych  -"obrosła" w nowe sformułowania i poszerzone wątki. To jakby II wydanie bajki. 
































































wtorek, 1 marca 2016

HISTORIA PEWNEJ FOTOGRAFII


 To pierwsza próbka mej prozy - opowieść rodzinna - napisana z poczucia obowiązku moralnego wobec jej Głównego Bohatera.

                                         HISTORIA PEWNEJ FOTOGRAFII

Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia i zarazem tysiąclecia, zafascynowała mnie historia  rodzinna. Jej głównym bohaterem jest oficer Wojska Polskiego, uwieczniony na fotografii, prawdopodobnie, w 1938 roku . Datę 20/VI 1938 r. wskazuje dedykacja: „Kochanej Basi, w dniu wyjazdu  do Korpusu Ochrony Pogranicza w Ostrogu – Antek”, ale zdjęcie mogło być zrobione wcześniej. Historia tej fotografii jest ciekawa, nawet po śmierci bohatera, więc może warto ją opisać.

Od roku 1969 zaczęłam dość regularnie bywać w domu przyszłych Teściów, już jako oficjalna narzeczona. Przedślubne rozmowy przywołały wspomnienia sprzed 30-tu lat.  Ich ślub miał się odbyć 9-tego września 1939 roku ....
Fotografia, podarowana ukochanej przy rozstaniu, została w Bydgoszczy, gdzie mieszkała wówczas jej właścicielka, czyniąc przygotowania do ślubu i przeprowadzki do męża. Szczęśliwie, nie została nigdzie zapakowana w momencie, gdy do Bydgoszczy przybył goniec z poleceniem: „ Basiu, wstrzymaj transport mebli i rzeczy”. Gdy Basia pobiegła na bydgoski dworzec, okazało się, że większość jej posagowej wyprawy już wyruszyła w drogę.
Znalazła tylko wagon z jesionową sypialnią i te solidne meble przetrwały wojenną i powojenną tułaczkę bez wielkiego uszczerbku. Fotografię spotkał gorszy los, ale dopiero w nowym tysiącleciu.

W czasie „Krwawej Niedzieli” w Bydgoszczy podobno został zabity niemiecki ksiądz. Wrześniową nocą, na plebanię gdzie przebywała pod opieką brata-księdza Basia ze starszą siostrą, przybiegli ludzie z ostrzeżeniem. Mówili, że Niemcy  wyznaczyli całą trójkę do rozstrzelania, w ramach odwetu. Ratunkiem była szybka ucieczka z miasta.
W pośpiechu spakowano najważniejsze rzeczy. Fotografia była zapewne wśród najcenniejszych drobiazgów. Pamiętam szczególnie taki fragment opowiadania o wędrówce do Koźmina Wlkp.
"Wyobraź sobie, że podczas bombardowań, krycia się po rowach, wyrzucałam kolejno zabrane rzeczy, ale prawie do końca niosłam ślubną suknię. W końcu dotarło do mnie, że jest mi już niepotrzebna.”
 A fotografia dotarła wreszcie do bezpiecznego schronienia – gniazda rodzinnego Basi.

W tym samym czasie Antek, po krótkiej wojnie obronnej, też uciekł z niewoli i przez Węgry, Jugosławię  dotarł do Francji. Tam walczył bohatersko, dowodząc polskim oddziałem i cudem przeżył. Ranny, ale żywy dostał się do niewoli  niemieckiej.
I znowu cenny fragment  rodzinnych opowieści.
Planowano, aby ślub odbył się w obozie jenieckim. Podobno były takie możliwości. Jednak narzeczony-jeniec zadecydował: "Nie wiadomo jeszcze, jak potoczą się losy wojny i moje. Chyba lepiej, aby Basia była wolna, a ja, jeśli przeżyję i odzyskam wolność, z pewnością wrócę do Niej".

I tak się stało. 21-ego lutego 1945 roku w Koźminie Wielkopolskim odbył się ślub Antka i Basi, a  6-tego grudnia 1945 roku urodził się mój przyszły mąż.  W 1946 roku, szczęśliwa rodzina postanowiła wrócić do Bydgoszczy, gdzie swoje miejsce w szufladzie znalazła pamiątkowa fotografia.
Zobaczyłam ją po raz pierwszy na początku lat 80-tych. Właśnie wtedy mój Teść, po kilkunastoletnich staraniach, odzyskał swoje wszystkie należne odznaczenia wojenne i państwowe, nadane głównie przez Paryż i Londyn.
Własnoręcznie rozmieścił je na granatowym, przedwojennym pluszu, w przedwojennej ramie, a centralne miejsce zajęła fotografia, która w idealnym stanie przetrwała przeszło czterdzieści lat. Obraz-gablotka wisiał w pięknym, bydgoskim mieszkaniu do połowy października 1999 roku.

Los sprawił, że fotografia przez kilka lat czekała na swoje nowe miejsce. Pieczołowicie zapakowana była chyba w letnim domku pod Bydgoszcczą, a może wraz z meblami na poddaszu kamienicy bydgoskiej, udostępnionej przez przyjaciół zięcia,  po utracie i likwidacji mieszkania Teściów. Tyle się wtedy działo w naszej rodzinie i złego i dobrego, że tylko dzięki opatrzności i życzliwości ludzkiej udało nam się uratować rzeczy o wartości głównie sentymentalnej.
Gdy sytuacja mieszkaniowa w poszerzonej rodzinie uległa pewnej stabilizacji, gablota z fotografią przybyła do sopockiego mieszkania, aby  zyskać odnowioną, godną oprawę. Tutaj miałam pod ręką niewielki, sprawdzony warsztat, który zajmował się oprawą obrazów, renowacją starych ram itp. Był już rok 2007-my i zbliżała się 20-ta rocznica śmierci Teścia.
Z prośbą o wyjątkowe potraktowanie zlecenia i uzgodnieniu szczegółów,  przekazałam fotografię w fachowe ręce.

Przy odbiorze nowej, ale na starym oryginalnym pluszu, wykonanej oprawy, zobaczyłam, że fotografia została przymocowana do podłoża ramy za pomocą stalowych gwoździ(ków). Szyby nie zastosowano, ponieważ zdecydowano, że tak jest bardziej elegancko.
Nie wierzyłam własnym oczom. Fotografia w idealnym stanie przetrwała tyle lat, a teraz jest poplamiona klejem i podziurawiona, nieodwracalnie uszkodzona. Zwykły pech, któremu nie chcę przydawać innych treści.
Ale wygląda dalej pięknie. Po tej „przygodzie”, wygaśnięciu emocji, poszłam po rozum do głowy. Oryginalną fotografię umieściłam w stojącej ramce – chińska, niezła podróbka stylu retro. Plamki od kleju udało się częściowo usunąć. Między dwoma solidnymi szybkami ramki nic jej nie grozi, a dziurek na obrzeżu nie widać. W otoczeniu wszystkich oryginałów odznaczeń i pamiątek obozu jenieckiego jest jej idealna kopia(dzisiejsza technika), tym razem przymocowana do pluszu bez użycia gwoździków. „Mądry Polak po szkodzie”, przysłowie podpowiada, a doświadczenie uczy, że emocje zwykle nie sprzyjają  racjonalnym  decyzjom.

Pamiętam jeszcze dobrze podobne zdarzenie.
Przez dwadzieścia lat bliskiego, rodzinnego współistnienia, Dziadzia Antoś często powtarzał: „Pamiętajcie tylko, że chciałbym, aby kiedyś na moim grobie było napisane: Oficer Wojska Polskiego. Dopilnujcie, aby się nie pomylili”
Jakie było nasze zdziwienie, gdy na zamówionym nagrobku, naszym oczom ukazał się napis:
Oficer LWP, oczywiście niezgodny ze złożonym zamówieniem.

7-mego stycznia 2009 roku minęło dwadzieścia lat od godnej śmierci bohatera tej opowiastki.
Rozumiem teraz naszego Dziadzię jeszcze lepiej, niż przed laty. W taktownych przygotowaniach do ostatniej podróży, ułożył treść swego nekrologu. Teraz umieściłam wycinek z gazety  obok Jego odznaczeń. Dla dobrze znających historię Polski ważne jest tam zapewne każde słowo.

"Kombatant Armii Francuskiej i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, uczestnik kampanii wrześniowej 1939, odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, czterokrotnie Krzyżem Walecznych, dwukrotnie Croix de Guerre, Croix de Combatant i innymi odznaczeniami wojennymi i państwowymi".

Na fotografii , to 28-letni oficer ,kończący służbę w 61 p.p. w Bydgoszczy i przydzielony, w
czerwcu 1938 roku, do Korpusu Ochrony Pogranicza w Ostrogu n/ Horyniem. Pożegnał się z nami kilka miesięcy przed 50-tą rocznicą wybuchu  II Wojny Światowej.
                                                                                                                       Synowa.

        Lutrzykowski Antoni żył od 31-go października 1910 roku  do 7-go stycznia1989 roku.

Jako Porucznik 1-szej Dywizji Grenadierów został uprawniony do noszenia Krzyża Walecznych
 z trzema okuciami - dnia  30.12.1949 r. w Londynie - LEGITYMACJA  MON.
                 CARTE D'IDENTITE  ARMEE  POLONAISE EN  FRANCE  -  Paris 28 Fevrier 1940.
                                                                                                

Po raz pierwszy, bezimiennie,  opowiadanie ukazało się drukiem  w czasopiśmie uniwersyteckim "Zajrzyj w siebie" w 2009 roku, upamiętniając 20-tą rocznicę śmierci Teścia.

Jesienią 2014 roku - pojawiło się w pierwszym wydaniu Antologii Klubu Literackiego  UTW  w Sopocie - to była 25 rocznica śmierci  Oficera Wojska Polskiego.
 Dodałam dedykację:   Rodzinie
i zmieniłam podpis: Ku pamięci Basi i Antka - Synowa.  Swoiste motto stanowią cztery wiersze- cdn.

Zgodnie z sugestią i prośbą władz ZBOWID  w Bydgoszczy, ta  historia powinna się ukazać w publikacjach Instytutu Pamięci Narodowej, jako  materiał do edukacji patriotycznej następnych pokoleń Polaków. Mam nadzieję, że niebawem to nastąpi.

P.S.  Będę wdzięczna za komentarze - cenię wysoko konstruktywną krytykę.
        Napisy nad zdjęciem dodałam w dniu publikacji  "Historii..." na blogu - a to 1 marca 2016 r.-                                                      Dzień Żołnierzy Walecznych i Wyklętych
        Od powrotu do Polski, Porucznik WP był wyklęty w PRL-u, ale przetrwał w Ojczyźnie -                                                                      mimo wszystko.

piątek, 22 maja 2015

ZATRZYMAJ SIĘ



zwolnienie

nadeszło pocztą znikąd
na druku  L-4 
znienacka

zwiastun ukrył się gdzieś
mgła zasnuła
znaki ostrzegawcze

ktoś dopisał zalecenia:

żyć dalej po prostu
zatrzymywać częściej
spoglądać w niebo

data wystawienia:
21 grudnia 2014 roku
.


 mrzonko-dumka

wiara
nie zachwiała się
w posadach

nadzieja
klapnęła w kącie
czeka na lepsze czasy

miłość
myśli co wypada
czuć....

                                           Sopot, ok.15 maja 2015          

    

        
            

czwartek, 18 grudnia 2014

Baju, Baju

Już jestem.
Do publikacji czeka w kolejce bardzo wiele tekstów.
Przepraszam za długą przerwę wakacyjną.
W tegorocznym, upalnym lecie, pojawił się na świecie Olaf.
Jest synem Marty i Michała, muzyków, znanych sympatykom tego bloga.
Zostałam babcią wnucząt obojga płci.
Wnuczka lubiła bajki wymyślane na życzenie i często razem je tworzyłyśmy.
Ta ulubiona, sporo przybrała na wadze (ma już 5 lat), więc podzieliłam ją na dwie
części. Myślę, że zainteresuje wszystkie pokolenia.                                                                                                                                                                                                            ,




                                               Dziewczynka z kamieniami - część I






                                            Wnuczce Marceli dedykuję moją pierwszą bajkę




      Dziewczynka żyła jak w bajce. Mieszkała w starym dworze, który po wojnie stał się własnością państwa i wiejską szkołą. Wokół budynku roztaczał się stary park, pamiętający życie wielu pokoleń poprzednich właścicieli, zubożałej szlachty, lub bogatego ziemiaństwa.

Latem mogła bawić się w zacienionych alejach, gdzie korony ogromnych drzew nie dopuszczały najmniejszego promyka słońca. Było tam chłodno, nawet w największe upały. Parasol, "uszyty" z wielu warstw liści, chronił też przed deszczem i ulewą. Kwitnące drzewa odurzały zapachami akacji i lip, wywołując kaskady "apsików".Jesienią,  wiekowe drzewa  chroniły przed wichurą, a opadłe liście tworzyły materace do fikołków i zastępowały piasek na plaży.

Zimą i wiosną też nie było czasu na nudę.Za podjazdem i placem apelowym był urokliwy staw, otoczony ogromnymi świerkami. Obnażone korzenie, pochylonych ze starości drzew, wyczarowały wygodne schodki nad wodę.
Tutaj można było popływać w starej dziurawej balii (cynkowana wanna), udając wystrojoną dworską panienkę, z eleganckim kawalerem przy wiosłach. O życiu we dworze, w czasach gdy mieszkał w nim dziedzic z rodziną, snuły opowieści wiejskie bajarki.
Przy wysiadaniu z tonącej łodzi należało bardzo uważać na szkła i inne ostre przedmioty. Leżały na dnie i były ukryte w śliskim, obrzydliwym mule, tworzonym głownie przez kaczki - nowe administratorki dworskiego stawu. Wrzucały je, dla zabawy, dzieci mieszkające w dawnych folwarcznych "czworakach".

Pewnego razu, w dziecięcym rozmarzeniu, przegapiła krytyczny moment poziomu wody w dziurawej" łódce" i musiała wyskoczyć przed dobiciem do brzegu. Paluchem jednej nogi trafiła na szkło, prawie odcinając opuszek palca. Wisiał na kawałku skóry, gdy oglądała szkodę - efekt rozkosznych marzeń. Na szczęście, nie była to groźna rana, nawet nie musiała mówić - "zagoi się do wesela". Nikt nie zauważył przyklejonej (na ślinę) skórki, a po kilku dniach nie było śladu po skaleczeniu. Został tylko w pamięci -  ku przestrodze.
Gdy mróz przygotował lodowisko, uczniowie jeździli na łyżwach, przykręcanych "na blaszki" do butów, a kawaler z wyobraźni mógł służyć pomocną dłonią podczas prób tańców na lodzie.Ale zimą niebezpieczeństwo stanowiły przeręble, wyrąbywane w lodzie przez naiwniaków, łudzących się złowieniem rybki. Wędrujące po okolicy kaczki były ciągle głodne, więc może karmiły się narybkiem. Nikt ich wówczas nie dokarmiał - była bieda.
Dziewczynka nie nauczyła się jeździć na łyżwach. Jakoś odechciało jej się zabaw nad brudnym stawem. Wolała rzekę, gdyż tam przezroczysta woda nie ukrywała dna z czystym piaskiem i pięknie wyszlifowanymi kamykami w różnych kolorach.
Dzieci wiejskie doskonale znały miejsca, gdzie nie wolno było podchodzić, brodząc po wodzie. Rzeka wartko sobie płynęła do Wisły przez mazowszańską krainę. Ale na zakrętach, pod korzeniami wyrwanych przez wichury drzew, czaiły się wiry, które mogły wciągnąć ryzykanta w czarci dół. Dlatego starszyzna pilnowała młodsze bractwo, aby bawiło się posłusznie, a niegrzecznych wyprowadzała karnie na brzeg, bez prawa wstępu do wody
.Oczywiście działała nieustająco szkółka pływacka. Najpierw trzeba było opanować pływanie "strzałką" -  na wstrzymanym oddechu i z głową na wodzie. Najlepiej z otwartymi pod wodą oczami, aby śledzić, gdzie niesie płynącego, prąd rzeczny. Zimą, gdy śnieg otulił jesienny bałagan, zejście nad rzekę służyło jako tor saneczkowy.
Najodważniejsi śmigali slalomem między wierzbami, rosnącymi w szeregu, a ostrym wirażem musieli wyhamować tuż przed rzeką, aby nie zażyć kąpieli morsa i ostrej reprymendy w domu. Nie było to łatwe, szczególnie przy śniegu zeszklonym warstewką lodu po roztopach, a metę stanowił nawis śnieżno- lodowy nad rzeką. Wówczas sanki pędziły dwa razy szybciej, a buty i inne przyrządy hamulcowo-osłonowe, były w ostrym użyciu. Na szczęście nizinna kraina nie dawała szans na górskie wyczyny. Po przygodzie na stawie, dziewczynka nauczyła się bezpiecznie pływać i zjeżdżać na  sankach.

Nie wiedziała co się wydarzy w jej życiu.
Przeżywała chwile radości i smutku, jak każde dziecko, mały człowiek.




wtorek, 20 maja 2014

WALKA




walczymy
o wszystko
o nic
lęk i strach
lęk można zwyciężyć strachem
ale czy wygramy tę wojnę?

                                                            Sopot 29 maja 2007 roku-Antologia 2008

                                                    malarstwo- Hanna Uchmańska


ZADANIE




mówić to samo – inaczej
mówić kroplami potoku
on
po drodze
oszlifuje kamienie
wydrąży skały
zniknie w morzu


                                          



 


Sopot 21 maja 2007 roku - Antologia 2008




ZJAWISKO



słońce zaszło na wschodzie
nad pocałunkiem morza z niebem
paseczek światła
poświata na zachodzie
o czwartej trzydzieści w maju







                   
  Sopot 21 maja 2007 roku- Antologia 2008

Figle

FIGLE

nauczyłam się niesforności
skąd?
od kogo?
kiedy?
płatam figle
sobie
 innym
                                                    





                                        Sopot 19 maja 2007 roku- Antologia 2008

NIESPEŁNIONE MARZENIA





marzyłam być królewną
dorosłam
marzyłam być głuptaską
zmądrzałam
marzyłam być czekoladką
zgorzkniałam
marzyłam być ogniskiem
zgasłam
marzyłam być piecykiem
ostygłam
marzyłam być puchem
stwardniałam
marzyłam być kobietą
zapomniałam

marzę być sobą
czy jestem?




                                                                                         Sopot 5 czerwca 2007 roku

MARZENIA NATURY


 
 
 
chciałabym być przezroczysta
jak woda, powietrze
wówczas nie zauważona
mogłabym szepnąć to i owo
na ucho komuś ważnemu
niech uzna to za własne

chciałabym mieć czapkę niewidkę
wówczas nie zauważona
mogłabym zrobić to i owo
a on może pomyśli
że zrobił to sam

                                                   Bydgoszcz. 21 Kwietnia 2007 roku.- Antologia 2008